Dlaczego nie bawię się w korepetycje

Telefon. Dzwoni rodzic i chce lekcje dla dziecka. Nie ważne, czy dziecko radzi sobie z angielskim czy nie, rodzic zaraz przechodzi do meritum: „proszę przerabiać materiał z lekcji i uczyć do kartkówek i testów”. W tym momencie powinna Ci się zapalić CZERWONA LAMPKA. Jak masz nauczyć dziecko języka, jeśli będziesz trzaskał tylko słówka do testu czy kartkówki? Ile warta jest taka „nauka”?

Najgorzej, kiedy dziecko jest naprawdę słabe: wtedy takie zajęcia (zwykle „raz w tygodniu po godzince”, bo tyle rodzic uważa za ok) przypominają GASZENIE POŻARU. Dziecko nie zna najprostszych słówek a Ty musisz stawać na rzęsach, żeby nauczyć je wszystkiego mając tę godzinę w tygodniu. Czasem nawet i dwie i trzy nie pomagają: po prostu ugasić tego pożaru często się nie da. Zawsze pytam na początku: „dlaczego nie zgłosili się Państwo do mnie 3 lata wcześniej, kiedy X zaczął mieć problemy z angielskim?” – wtedy trzeba było gasić zapałkę a nie czekać, aż podpali się cały las i dziecko będzie ledwo zdawać. Nauka to nie żadna magia, ja nie jestem czarodziejką (choć nie raz działałam cuda, okraszone zgrzytaniem zębów [moich]) a nauczanie to nie żadna magia, tylko CIĘŻKA, REGULARNA PRACA najlepiej zanim jeszcze pojawią się problemy. 

Taka sytuacja jest problematyczna nie tylko ze względu na zaniedbanie braków dziecka, ale przede wszystkim na typowym podejściu takiego rodzica:

  • ma nierealistyczne wymagania (nadrobienie braków, nauka na bieżąco i nauka języka jako takiego, łącznie z mówieniem i słuchaniem – w krótkim okresie czasu jest niemożliwa),
  • nie zna się na nauczaniu, ale wymaga swojej „metody” (odrabianie lekcji za dziecko, bo tym to się często kończy – nie może dać pozytywnego efektu),
  • a przede wszystkim uważa, że ocena jest wyznacznikiem wiedzy i Twojej pracy. Wcale nie. O tym jak niesprawiedliwe jest ocenianie napiszę kiedyś cały post.
  • Nie należy także zapominać, że dziecko, które ma już pełno negatywnych doświadczeń z językiem, będzie po prostu zdemotywowane i niechętne do nauki. Co z tym wtedy zrobić? Przeczytaj TUTAJ

Nauka do testów i robienie tylko tego co w książce to nie nauka- to uspokajanie swojego rodzicielskiego sumienia, że uczeń zda do następnej klasy. Szkoda jednak na to Twoich pieniędzy. Zacznij inwestować w EDUKACJĘ dziecka a nie w bezsensowne gaszenie pożaru. 

CO MOŻNA ZROBIĆ W TAKIEJ SYTUACJI

Moja propozycja to zacząć wszystko od początku. Jeśli chciałeś korepetycje dla dziecka na poziomie A2, bo taki poziom jest w szkole, a dziecko ma ogromne braki, to ja proponuję Ci nauczanie dziecka na poziomie A1. Zaczynamy wtedy naukę, niemalże od zera, z innym podręcznikiem. Uzupełniamy braki, robimy sumiennie każdą słuchankę i zdanie na mówienie. Poziom jest łatwy, więc dziecko szybko robi postępy. Jeśli szybko robi postępy, to zaczyna wierzyć w siebie. Jeśli uwierzy w siebie, to wszystko będzie już możliwe. I wkrótce samo nadrobi braki, przestaniesz gasić pożary a dziecko będzie w stanie uczyć się regularnie samo w domu. Taka pomoc dziecku, „właściwie przeprowadzone gaszenie pożaru” powinno trwać rok, góra dwa lata. Nie całą szkołę!

Całą szkołę można chodzić na równoległy kurs nauczania angielskiego. To jest to, co ja robię z uczniami: osobny podręcznik (ewentualnie materiały) co najmniej poziom wyżej niż w szkole. Uczymy się wszystkich umiejętności językowych: mówienie, słuchanie, czytanie. Pisanie zadaję do domu. Coś ze szkoły przerabiamy TYLKO wtedy, kiedy uczeń nie rozumie zadania. Bardzo często jednak tłumaczę co trzeba zrobić i słyszę: „ok, już wiem, zrobię to sam w domu”. Uczniowie robią postępy, motywują się nimi, przychodzą uśmiechnięci, rodzice są zadowoleni: „Pani Olu, jak Pani to robi?”. Dlatego właśnie nie prowadzę korepetycji.

Jeśli uczeń bardzo nalega na bycie na bieżąco z materiałem szkolnym, to godzę się, jeśli faktycznie zajmuje nam to 10 minut lekcji: szybka powtórka, wyjaśnienie i robimy swoje. Nie dłużej, nie więcej. 

Rodzicu, jeśli nie posłuchasz i uprzesz się na swoją metodę, to dziecko utkwi w przekonaniu, że jest głupie a ten angielski jest jakiś trudny. Że z niczym samo sobie nie poradzi, skoro korepetytor odrabia za niego lekcje a pani w szkole nagradza jego ciężką (ale nieefektywną, bo złą metodą) pracę kolejną jedynką czy dwójką. Rodzicu, nie bądź mądrzejszy niż nauczyciel! Szukaj kogoś, kto na nauczaniu się zna i zdaj się na niego!

7 uwag do wpisu “Dlaczego nie bawię się w korepetycje

    1. Najlepsze są materiały autentyczne, tzn takie z prawdziwego życia. Czyli jeśli chodzi o słuchanie, to polecam po prostu oglądanie bajek po angielsku np na Youtube (Scooby Doo, Sponge Bob itd, tylko trzeba szukać całych odcinków [ok.20 min]) a o czytanie: wizytę w sklepie z używaną odzieżą i zakup kilku książeczek po angielsku. Jest to wydatek kilku złotych a bardzo motywuje. Więcej o tym jak uczyć dzieci przeczyta Pani tutaj: https://engspired.wordpress.com/2016/06/28/jak-mozesz-uczyc-dziecko-angielskiego-podczas-wakacji-to-latwiejsze-niz-myslales/

  1. No. I wreszcie blog w którym są konkrety, bez przesłodzonych rad typu „musisz się bardziej starać, trzeba znaleźć drogę do ucznia”, wpędzających mnie w poczucie winy. Cieszę się, że ktoś myśli podobnie jak ja 🙂 i nie boi się głośno o tym mówić. Więcej takich głosów, przemyśleń, co za tym idzie – zmian, to może odczarujemy nasz zawód a po wielu latach, kto wie, może znowu nas będą społecznie szanować?