Definicje vs. polskie tłumaczenia, czyli o nauce słówek

Za czasów wojny mój Dziadek „nauczył się” niemieckiego – wykuł słownik niemiecko-polskiego na pamięć. Jego metoda sprzed 60 lat jest stosowana nadal w wielu szkołach: nauczyciele języka zadają dzieciakom do nauczenia Listy Słówek na kartkówkę. Tak dzieci „uczą się” angielskiego, niemieckiego i tak dalej. Cudzysłowu używam tutaj specjalnie, ponieważ jestem przekonana, że ani mój Dziadek, ani ci uczniowie nie potrafią używać słówek, które wykuli i po prostu nie posługują się tym językiem. Moja hipoteza się potwierdza: Babcia twierdzi, że Dziadek nie mówił po niemiecku a jedynie rozumiał. Do mnie zaś trafiają uczniowie, który byli albo są „uczeni” tą metodą, a nie potrafią odpowiedzieć na proste pytania i stworzyć prostych zdań [!]

learning-noun-the-activity-or-process-of-gaining-knowledge-or-skill-1

Dlaczego to nie działa?

Odpowiedź jest bardzo prosta: czy małemu dziecku, które się rodzi, dajemy jakąś listę słówek? Każemy mu przepisywać do zeszytu? Nie. Dziecko ma nauczyć się co znaczy słowo od razu w docelowym języku. Co robimy, kiedy dziecko nie rozumie? Pokazujemy, lub tłumaczymy mu podając mu przykładowe zdania albo przykłady. Proste nazwy rzeczy dookoła nie wymagają żadnej listy słówek, a obrazów. Kiedy widzę listę słówek ang-pol taką jak ta:

to, przepraszam Cię za bezpośredniość, ale po prostu otwiera mi się nóż w kieszeni. Żebyś nie miał wątpliwości: to lista słówek dziewięcioletniego dziecka, które powinno być uczone piosenkami i zabawami a nie przepisywaniem tablicy! Pytam: „czy na angielskim Pani się z Wami bawi? Śpiewacie piosenki? Bawicie się?” A otrzymuję w odpowiedzi: „Nie. Tylko piszemy”. I dziecko uczy się angielskiego trzeci rok i nie reaguje na proste zdania, nie zna podstawowych słów, mimo, że przepisuje je do zeszytu [jak to możliwe! 😉 ]

Listy słówek to metoda leniwego nauczyciela

Ok, może to nie działa na dzieci, ale Ty byłeś uczony taką metodą i podziałało. Jesteś pewien? To czemu płaciłeś wtedy za kurs a nie wydrukowałeś sobie list z internetu albo nie wziąłeś słownika i nie wykułeś słówek jak mój Dziadek? Bo brak Ci motywacji, żeby uczyć się samemu? Nie. Bo podświadomie wiesz, że nie tędy droga. I masz rację. 

Chciałabym zaznaczyć coś ważnego:

Nie potępiam list słówek jako takich a jedynie nieumiejętne ich użycie na zajęciach. Lista słówek może służyć jako przenośny mini-słowniczek do którego kursant może spojrzeć, kiedy chce szybko sprawdzić jakieś słówko bez konieczności przerywania lekcji i pytania nauczyciela. Lista słówek może służyć jako przypomnienie uczniowi czego już zdążyliśmy się nauczyć. Każde słówko powinno być nauczone przez nauczyciela przedstawione i użyte w zdaniu, wytłumaczone innymi słowami. Dopiero wtedy można uważać, że słowo jest do zapamiętania przez ucznia, z gotowym kontekstem, kolokacjami, użyciem.

A niestety najczęściej bywa tak, że nauczyciel mówi: „tu są słówka z rozdziału 8. Za dwa tygodnie kartkówka!” i tyle. Ani on nie nauczał tych słówek, na lekcji ani razu ich nie użyłeś a musisz je wykuć. To jest metoda leniwego nauczyciela. Najpierw trzeba słówek nauczyć zanim wymaga się ich na sprawdzianie. Uczeń powinien je przynajmniej KOJARZYĆ, a najlepiej po zajęciach umieć większość takiej listy. Niestety, bardzo często trafiają do mnie uczniowie, którym Pani kazała się nauczyć listy: „A budowaliście z nimi zdania? Używaliście ich?” -pytam. Zwykle słyszę „nie, po prostu mamy się nauczyć na środę„. Absolutnym szczytem była sytuacja, kiedy przyszedł do mnie uczeń klasy 3 gimnazjum i powiedział, że ma do nauczenia się listy słówek, która wyglądała tak: „Name- imię, surname-nazwisko, age-wiek, marital status -stan cywilny, job – zawód” i tak dalej. Nie wystarczyłby kwestionariusz osobowy po angielsku? Kilka pair worków? Do dziś zastanawiam się czy to skrajne lenistwo czy brak kompetencji nauczycielskich. I nie dziwię się, że uczeń nie zaliczał i nienawidził angielskiego.

Jak zdążyłeś już zauważyć, osobiście nie popieram wykuwania tłumaczeń. Wynika to z mojego doświadczenia w uczeniu się słownictwa w liceum.

Używanie definicji i przykładowych zdań w nauce języka obcego. Moje doświadczenie.

Wybrałam liceum z Maturą Międzynarodową i mając 16 lat byłam w klasie pre-IB, przygotowującej do programu IBDP. [przeczytaj też MOJE WYZNANIA] Wszystkich przedmiotów uczyliśmy się po angielsku i nie mieliśmy taryfy ulgowej: na lekcjach nie było polskiego, a do domu nie dostawaliśmy listy słówek. Zarówno zajęcia jak i podręczniki były po angielsku. Po jednej z lekcji biologii okazało się, mamy nauczyć się kilku stron -mieliśmy kartkówkę. W domu otworzyłam podręcznik i zaczęłam tłumaczyć słówka, których nie znam. Jeden akapit zajął mi 2 godziny! Była godzina 20:oo a do nauczenia się jeszcze materiał z innych przedmiotów. Przerobienie tych kilku stron zajęłoby mi kilkanaście godzin. W akcie desperacji wymyśliłam, że po prostu nauczę się całych tych zdań na pamięć i tym samym osiągnę cel (nauczę się) i zaoszczędzę czas. Wkrótce zaczęłam tak robić ze wszystkimi przedmiotami. Uczenie się na pamięć nieznanych słówek w całych zdaniach, z gotowym kontekstem, kolokacjami i użyciem opłaciło się. Niedługo potem słówka zaczęły się powtarzać w różnych sytuacjach i mózg po prostu sam wydedukował sobie ich znaczenia. Ja zaliczałam kolejne sprawdziany a uczenie się słownictwa następowało naturalnie i mimowolnie. Zupełnie tak jak dziecko zanurzone w anglojęzycznym środowisku. [więcej o CLILu przeczytasz TU] Spójrz na to:

dsc_0713

(powyżej: fragment strony z mojego podręcznika Essential Biology) Tłumaczenie słówek może Ci pomóc, kiedy uczysz się o czymś co już znałeś, np budowę komórki zwierzęcej. Nie jest to jednak konieczne. Patrzysz na obrazek i widzisz, czytasz definicję i wiesz.

dsc_0712

(powyżej: fragment mojej książki do biologii pt. Essential Biology) Tłumaczenie słówek nie przyda się, kiedy uczysz się całkiem nowej rzeczy. Co z tego, że będziesz wiedział co to jest ‚intergument’ po polsku (spójrz na zdjęcie powyżej)? Szybciej będzie jeśli po prostu przyjmiesz do wiadomości, że to właśnie ta część na obrazku to „intergument” i nauczysz się, że jest on w „female cone” i może być „multilayered”, „protective”i tak dalej (patrz grafika na górze).

Dlaczego męczę moich kursantów uczeniem się definicji i wymyślaniem przykładowych zdań z użyciem nowych słówek?

Ponieważ uważam, że moja metoda uczenia się całych zdań z użyciem słówek, w różnych kontekstach sprawdziła się w 100%. Wiem, że pozwoliła mi ona solidnie nauczyć się języka tak, jak języka ojczystego: intuicyjnie i poprawnie. Dzięki tej metodzie osiągnęłam poziom C2, zdałam maturę w języku angielskim i płynnie się nim posługuję. Moje osobiste doświadczenie sprawiło, że teraz, jako nauczycielka, polecam tę metodę moim uczniom. Kiedy pytam: „What does it mean?” -w 99% przypadków nie oczekuję odpowiedzi po polsku, tylko definicji po angielsku, użycia słówka w zdaniach. Dlatego też na lekcji omawiamy słówka po angielsku a testy ze słówek, które kursanci otrzymują, opierają się na głownie na zadaniu: Napisz definicję słówka lub zdanie, które jednoznacznie opisuje jego znaczenie.

Uczniu i Nauczycielu! Apel do Was! Pamiętajcie, że:

  • Poziom B2 oznacza, że coraz mniej słówek będzie tłumaczonych. Przygotowując się do poziomu C musisz wiedzieć, że tłumaczenia praktycznie nie będzie. Wtedy poznasz też coraz więcej wyrażeń, których nie da się idealnie przetłumaczyć a które trzeba po prostu „poczuć” 🙂 I to „czucie” różnicy, tę wrażliwość na słowa wyrabia się właśnie uczeniem się definicji;
  • Kucie listy słówek to oszukiwanie samego siebie. Pakujesz wiedzę do pamięci krótkotrwałej, a to nic trudnego: tak szybko jak ją tam włożysz, tak szybko ona stamtąd W Y P A R U J E. Cały trud i istota nauki polega na zapisywaniu informacji w pamięci długotrwałej. Można to zrobić tylko dzięki regularnym powtórkom, skojarzeniom, zapamiętywaniu definicji i pisaniu zdań, które miałyby dla Ciebie wartość i których mógłbyś użyć w prawdziwym życiu;
  • Wymyślanie definicji zmusza Cię do myślenia i do wkładania słówka do odpowiednich szufladek 🙂 Słówka z listy zostają na parapecie, po zewnętrznej stronie okna (mózg nie chce ich przyswoić) i tylko czekają aż zdmuchnie je wiatr (powiew nowych informacji, które zaleją Twoją głowę)
  • Definicje sprawiają, że musisz używać starych słówek: recyklingujesz je, przetwarzasz jeszcze raz. Chyba nie muszę pisać jak to ważne w nauce języka 😉
  • Kiedy na lekcji, w domu (a u mnie także i na testach) ćwiczysz „opowiadanie o słówkach” nie stresujesz się kiedy rozmawiając z obcokrajowcem zapomnisz akurat tego konkretnego słowa, którego chcesz użyć. Innych wtedy zatyka, ale nie Ciebie: tłumaczysz na około i osiągasz swój cel 🙂
  • Nauka i nauczanie CLILem to frajda i zabawa. Nie kujesz słówek. Rozmawiasz o życiowych tematach, poznajesz świat i poznajesz angielski. Czy może być lepiej? 🙂

Przyznaj się, jak się uczysz? Kujesz słówka? Przestań! Skoro tyle lat nie pomogło, to może spróbujesz lepszej metody? Wiem, że wymyślanie definicji zajmuje dużo czasu. Moim zdaniem lepiej nauczyć się mniejszej liczby słówek raz a dobrze, niż stu słówek byle jak i zapomnieć o nich do przyszłego tygodnia. A Ty, co uważasz? 

2 uwagi do wpisu “Definicje vs. polskie tłumaczenia, czyli o nauce słówek

    1. Osoba początkująca uczy się prostych słówek, które można pokazać na obrazku. Dlatego właśnie takie osoby uczy się z wykorzystaniem kart obrazkowych (tzw. Flashcards). Nic nie stoi jednak na przeszkodzie, żeby w miarę postępów zacząć używać bardzo prostych definicji, np: HUGE – very big, albo CLOUDY – not sunny 🙂